Filmy - niezależne recenzje filmowe

„Diabeł” 2024  – recenzja. Polski film akcji. Rolada śląska od niedobrej gospodyni

Czy zrobienie filmu akcji klasy B jest trudne? A gdzież tam. Nie oszukujmy się. Większość filmów robiona jest według jednej i tej samej matrycy. W rezultacie powstaje widowisko, które ma na celu zapewnienie widzowi rozrywki. W przypadku filmu „Diabeł” rozrywki nie ma. Jest męczarnia dla oczu i dla umysłu.

Za każdym razem kiedy słyszę lub czytam, że coś jest polskim odpowiednikiem czegoś, to już wiem, że będę mieć do czynienia z totalnym chłamem. Gdzieś przemknął mi tytuł artykułu, że „Diabeł” to polski John Wick.

Cóż…

Diabeł jest takim samym odpowiednikiem Johna Wicka, jak porucznik Borewicz był odpowiednikiem Jamesa Bonda. Tylko że serialowi „07 zgłoś się” trzeba oddać to, że każdy odcinek miał ciekawą fabułę. Mam inne porównanie. Diabeł jest takim odpowiednikiem Johna Wicka, jak „Karbala” była odpowiednikiem „Helikoptera w ogniu”.

Diabeł 2024 recenzja

Film klasy B. Prosty film akcji. Taki zapewne miał być „Diabeł”, wzorowany na zachodnich filmach akcji. Zachodnich, bo przy południowokoreańskich, czy tych kręconych kiedyś w Hong Kongu i królujących na kasetach VHS to on nawet nie stał.

Wracając do tej matrycy, o której wspomniałem na początku. Tak, większość tanich filmów akcji robiona jest według tego samego wzoru, gwarantującego sukces.

Mamy zatem bohatera, mistrza sztuk walki, byłego żołnierza, komandosa itd., który wraca do swojego rodzinnego miasta. Na miejscu okazuje się, że w miejscowości urządzili się bandyci, który nieopatrznie wchodzą głównemu bohaterowi w drogę. Bohater musi się zakochać albo odnaleźć miłość sprzed lat i zrobić porządek w widowiskowy sposób, eliminując krok po kroku gangsterów, bandytów i innych opryszków. Im większy budżet ma film, tym więcej efektownych wyścigów, wybuchów i spektakularnych form eliminacji tych złych. Całość ma być lekkostrawnym widowiskiem dla odbiorcy.

„Diabeł 2024” – spieprzono wszystko, co można spieprzyć

Reżyser polskiego filmu akcji „Diabeł 2024” teoretycznie nawiązał do złotego wzoru według którego powstają filmy akcji. Ale chyba w najgorszy możliwy sposób.

Mamy głównego bohatera, byłego komandosa Wojska Polskiego. Komandosi Wojska Polskiego to światowa elita i duma całego narodu. Nie wiem, jak można wpaść na pomysł, żeby w roli byłego komandosa obsadzić aktora ustylizowanego na zaniedbanego menela.

Może reżyser chciał pokazać, że nasz bohater pomimo tego, że był komandosem, to jednak taki z niego fajny swojak. Nie wyszło. Grający główną w przygotowanym dla niego outficie sprawdziłby się raczej jako właściciel małego złomowiska, skupujący puszki od meneli.

Nasz bohater wraca po latach spędzonych na wojnach do swojej rodzinnej miejscowości na Śląsku. Jego miłością jest suka, która wszędzie mu towarzyszy. Pies, żeby ktoś sobie nie pomyślał czegoś brzydkiego. Czasami jestem dosadny, ale nie chamski.

Bohater przyjeżdża na pogrzeb ojca. Spotyka się z rodziną. Odkrywa tajemnice ojca. Odwiedza dom ojca i napotyka w nim przestępców, którzy okradają dom. Ich zleceniodawcą jest ktoś z dalszej rodziny. Wszyscy spotykają się na stypie.

Nasz komandos spotyka też dawną miłość, która wygląda jak jego wnuczka. Nie przeszkadza to jednak w nawiązaniu gorącego romansu.

A dalej to już dzieją się rzeczy tak pogmatwane… Jedni gangsterzy chcą skupować teren pod budowę autostrady, inni chcą to blokować, żeby nie niszczyć znajdującego się w lesie ośrodka. A w nim, jak się okazuje, jest „wyspa Epsteina”, w której panowie sobie używają z młodymi dziewczętami. Do tego jeszcze dochodzi rosyjska mafia… A na koniec z pomocą przychodzą żołnierze sił specjalnych.

W filmie jest dużo akcentów ze Śląska, włącznie ze śląską gwarą. Nasz bohater nawet zajada śląską roladę, królową śląskich potraw, a jakże, razem ze swoją suką (psa mam na myśli).

Rolada śląska to jest takie małe obiadowe niebo, w którym gospodyni miała zmieścić wszystkie najlepsze przysmaki na niedzielny obiad. Jest wołowina, jest boczek, jest dobrej jakości kiełbasa, jest gęsty sos, czasami też z kawałkami mięsa.

Taki powinien być ten film. Prosty akcyjniak, umieszczony gdzieś na Śląsku, z szeregiem regionalnych akcentów. A czemu nie? Południowokoreańskie kino akcji właśnie tak działa. Tajskie tak samo. Japońskie. Amerykańskie. Główny bohater często zajada stek i słucha country, zanim obije paru oprychów.

A tutaj? Tu nam wyszła taka kicha, najtańsza z marketu, z wypełniaczami z mięsa oddzielonego mechanicznie, a nie rolada śląska. Dno.

Co w tym filmie jest najgorsze?

Fatalny główny bohater. Jego fizjonomia i zachowanie nijak nie pasuje do roli głównego bohatera filmu akcji. Ale to miał być człowiek stąd! No to trzeba było się wzorować na filmie „Nobody”. Bohater tego filmu może i początkowo pokazywał się jako domowa ciepła klucha, ale nadal wyglądał jak elegancki facet.

Sceny walki pokazane są chyba w jeden z najbardziej amatorskich sposobów. Nic się w tym filmie nie spina. Pamiętaj, że jak w wielu filmach, atrakcyjny zwiastun nie ma wiele wspólnego z całym filmem.

Michał Lisiak Blog
Privacy Overview

This website uses cookies so that we can provide you with the best user experience possible. Cookie information is stored in your browser and performs functions such as recognising you when you return to our website and helping our team to understand which sections of the website you find most interesting and useful.