Podróże małe i duże

Moim zdaniem nie warto jechać na Bali. Dlaczego?

Każdego roku widzę w internecie setki twarzy i ciał, które prezentują swe „zalety” na plażach Bali. Zdjęciutko na tle hinduskiej świątyni, zdjęciutko na plaży. I odwalone. Kierunek zaliczony. Czy naprawdę warto lecieć 12 tysięcy kilometrów, tylko po to, żeby zrobić z siebie kolejnego kompletnego idiotę? Czy warto polecieć na Bali? Czy warto kupić wakacje na Bali? Dlaczego celebryci i influencerzy latają na Bali?

Poza standardowym zestawem idiotycznych foci z wakacji wyjątkowo bawi mnie jeszcze „udzielanie porad” przez pseudo podróżników internetowych, którzy chcieliby osiągnąć poziom co najmniej Cejrowskiego. Otóż moi drodzy. Nie wystarczy mieć pieniądze na podróż, umieć robić zdjęcia drogim smartfonem i pokazać je na swoim instagramiku czy fejsbuczku, żeby w jakikolwiek sposób dorównać Wojciechowi Cejrowskiemu. Wojciech Cejrowski ma w sobie to, czego nie ma 99 procent nędznych internetowych podróżników. Ma charyzmę, umie ciekawie opowiadać, ma swoje zdanie na każdy temat i umie go bronić. A do tego wszystkiego ma pasję do podróżowania i zwiedzania. Pasja to coś innego niż chęć zaprezentowania swojej mordy w odległym kraju, żeby wzbudzić w innych zazdrość. Jeśli taki cymbał, internetowy celebryta czy inny influencer pokazuje sweet focie z podróży i na dodatek jeszcze „udziela tipów” innym, bo udało mu się zaoszczędzić 10 procent na bilecie lotniczym, to wtedy leżę i ryczę ze śmiechu.

Photo by Steve Douglas on Unsplash

Dlaczego nie warto jechać na Bali?

Przeciętny turysta leci na Bali, gdzie kupuje beznadziejne, tandetne chińskie pamiątki, żywi się w McDonaldsach, pizzeriach i restauracjach hotelowych, czasami wylezie na plażę, ale jednak preferuje leżenie na leżaku przy hotelowym basenie. Tam może żłopać piwsko (w Indonezji jest ciężko o nie, dlatego jest drogie, miejscowi produkują tylko jeden rodzaj, piwo Bintang), opalać się i odpoczywać. Jeszcze obowiązkowe zdjęcie na tle wulkanu, przy wejściu do hinduskiej świątyni i odwalone. Można pakować kapcie i wracać do roboty w korpo. Bali zaliczone. Po jaką cholerę jechać 12.000 kilometrów, do tego z przesiadką i płacić 4 tysiące za osobę za bilet, żeby robić rzeczy, które można zrobić tutaj, znacznie taniej?

Jeśli chcesz zrobić sobie zdjęcie w hinduskiej świątyni – jest małe Bali w Pomorzu. Są tam zbudowane repliki (budowane przez samych Balijczyków). To miejsce to Dolina Charlotty.

Jeśli chcesz jechać na drugi koniec świata po to, żeby leżeć przy basenie hotelowym – czy nie lepiej iść wypocząć w miejscowym aquaparku albo dajmy na to, przy własnym basenie rozporowym?

Jeśli lubisz sobie wypić piwo albo inne alkohole, po co jechać do kraju, gdzie piwo kosztuje 4 razy tyle co w Polsce? Za cenę jednego biletu lotniczego kupisz sobie basen rozporowy (ok. 300 zł), podgrzewacz solarny, leżaki i taki zapas piwska oraz żarcia (wliczając grill i węgiel), że starczy Ci na cały okres wakacji.

W czasach sztucznej inteligencji zdjęcie na tle jedynego balijskiego wulkanu naprawdę nie zrobi na nikim wrażenia. Każdy może sobie zrobić w ciągu kilku minut zdjęcie na szczycie Everestu, jeśli wie, jakiej aplikacji użyć.

Podobają Ci się przepiękne krajobrazy Bali, które pokazują różne pseudo gwiazdy? Bardzo się zdziwisz, gdy na Bali ich nie znajdziesz. Większość z nich to po prosto mocno podrasowane fotografie, przepuszczone przez kilka programów do edycji zdjęć. A do tego najpiękniejsze krajobrazy, tam, gdzie się fotografują „gwiazdy internetu” są dostępne na maleńkich, sąsiednich wysepkach (np. Nusa, Lembongan), gdzie można dostać się tylko łodzią, promem albo helikopterem.

Bali to wyspa, która żyje z turystyki. Tu praktycznie nie ma przemysłu, nie licząc małych wytwórni przysmaków, które robią np. chrupki ze skóry tuńczyka. Co to oznacza? To oznacza, że każdy z miejscowych żyje tutaj z turystów. A to z kolei oznacza, że każdy będzie chciał na Tobie zarobić. Od taksówkarza, który będzie Cię wiózł z lotniska do hotelu, po właściciela hotelu, aż po sprzedawcę wody w butelkach.

Większość turystów boi się próbować miejscowych przysmaków z ulicznych straganów (bez szczepień na WZW A i B oraz szczepienia w tabletkach na dur brzuszny w ogóle nie powinnaś/nie powinieneś jechać do Azji, a i tak możesz się nabawić konkretnej biegunki), zresztą większość potraw i tak jest nie do zjedzenia dla turystów, ze względu na ogromną ilość chilli. Dlatego większość ludzi, którzy jadą na Bali, stołuje się w MCDonaldsach, KFC, pizzeriach, burgerowniach i całej reszcie tego chłamu, który jest na każdej europejskiej ulicy. Jechać 12.000 kilometrów po to, żeby żywić się w McDonalds? Nie masz go w swoim mieście?

Jak już kupisz sobie ten swój basen rozporowy, kup sobie zupę Indomie, Mie Goreng. Jedynie 2,50 zł. Wypoczniesz, poczujesz smak Indonezji, nie zatrujesz się durem brzusznym, nie zapłacisz za posiłek 4 razy tyle, co w Polsce.

Dlaczego nie lubię Bali?

Indonezję kocham tak samo jak Polskę. Prawdziwa Indonezja to Jawa, Sumatra, Celebes, Borneo, Moluki. Prawdziwa Indonezja to świetne jedzenie (jeśli umiesz poprosić, żeby nie dołożyli Ci chilli, po którym się później zapalisz), ciekawe krajobrazy, bardzo przyjaźni ludzie. Przyjaźni, jeśli umiesz z nimi rozmawiać w ich języku. Bo to pierwsza oznaka szacunku i sympatii do ich kraju. Indonezja ma setki twarzy. Jest i rzucająca na kolana nowoczesność i bieda. Na ulicy Dżakarty zobaczysz najnowsze Ferrari i starszego pana, pchającego drewniany wózeczek, z którego sprzedaje klopsiki albo gorengan (smażonka, smażone wszystko co się da), żeby mieć za co żyć. Prawdziwa Indonezja to raj dla kogoś, kto lubi zwiedzać, oglądać, fotografować i smakować. Bali to raj dla leni, imprezowiczów, chwalidup i tych wszystkich “influencerów”, którymi po prostu gardzę.

Dlaczego według mnie nie warto jechać na Bali?

Bo Bali to nastawiona na wyzysk turystyczna pijawka.

Bo jeżdżą tam pustogłowi celebryci, influencerzy i ci wszyscy inni wielcy podróżnicy z koziej dupy, prowadzący blogi podróżnicze, a to najbardziej odrzucająca rekomendacja dla normalnego człowieka. To jak z dubajską czekoladą. Skoro celebryci i gwiazdy Tik Toka ją jedzą, możesz być pewnym, że ta za 3 złote ze sklepu jest lepsza. A dlaczego pustogłowi celebryci i influencerzy jeżdżą na Bali? Bo jest daleko i bilet jest drogi. Przez to Bali jest niedostępne dla większości zjadaczy chleba. To dokładnie tak samo jak z jedzeniem dla bogatych chwalipięt – jedzenie musi być wyznacznikiem statusu, a nie dobrze smakować. Smakuje dlatego, że jest drogie i większość pospólstwa nie ma do niego dostępu. Gdyby nagle jakaś linia lotnicza zaczęła latać na Bali za 500 zł w jedną stronę, uwierz mi, natychmiast przestałoby się ono podobać większości influduperów. I uwierz mi, na pewno miałbyć o Bali inne zdanie, niż cała ta zgraja, wymieniona w pierwszym zdaniu tego akapitu.

Bo cała wyspa zmienia się w jeden kurort, w którym miejscowi mieszkańcy są spychani do roli kukieł, których zadaniem jest pełnienie roli tła do robienia zdjęć dla turystów. Jest to dla mnie obrzydliwe.

Zagraniczne firmy (w tym rosyjskie, tak mój drogi/moja droga, sankcje wcale ruskich nie wykończyły) wykupują kolejne tereny, budując kolejne hotelowe molochy.

Bo spotkasz tu dziadostwo z całego świata: rozpasanych Anglików i Australijczyków, drących ryje pod nocnymi klubami w mieście Kuta, opasłych dziadów z Niemiec na plażach w kostiumach ledwo przykrywających paskudne cielska, Ruskich i Ukraińców, wysłanych tu przez bogatych rodziców na wieczny urlop, mających w dupie wojnę, przez którą Ty się martwisz każdego dnia, będąc straszonym przez media.

Skoro to turystyczny kurort, w którym nie brakuje zachodnich, rosyjskich i azjatyckich turystów, to znajdziesz w nim przemycany alkohol, narkotyki i prostytutki różnych nacji (miejscowe, Tajki, Rosjanki, Ukrainki, do wyboru do koloru). A skoro są takie używki, to jest i mafia.

Bali zaskoczy Cię brudem na plażach, brudem na ulicach, mnóstwem owadów i gryzoni. Skąd się biorą? Pasą się na śmieciach. Hinduiści wystawiają każdego dnia jedzenie w specjalnych miejscach obok domów (dla bóstw), które jest potem pałaszowane przez owady wszelakie. Darmowa restauracja.

Na Bali spotkasz gejów i transwestytów, których nie ujrzysz w innych częściach Indonezji. Tu czują się bezpiecznie i pewnie. Jak ich lubisz, to ok. To nie jest mój świat. I większości (zdecydowanej) Indonezyjczyków także nie.

W klubach znajdziesz (drogie) alkohole z całego świata. I spotkasz wiele zapitych ryjów na ulicach.

I z tego co widzę, czytam i obserwuję, coraz więcej ludzi ma tego dość. Miejscowych ludzi. Nie ma się co dziwić. Wystarczy prześledzić portale internetowe. Co pewien czas zatrzymywany jest jakiś mieszkaniec zachodu, który przyjechał z narkotykami, narkotyki produkował albo narkotyki sprzedawał. Turyści, zwłaszcza Rosjanie, jeżdżą jak szaleni na skuterach. Ktoś z turystów zrobił sobie nagą sesję zdjęciową w hinduskiej świątyni, wywołując zgorszenie wśród miejscowych.

Zderzają się tu dwie rzeczy. Z jednej strony chęć zarobku, bo większość miejscowych nie ma gdzie pracować. Żyją z turystów. Z drugiej strony totalne rozpasanie wielu „gości” z całego świata, którzy uważają, że jak stać ich na bilet i hotel, to na miejscu mogą wszystko.

Bali zmienia się w burdel. I jak burdel jest postrzegane przez turystów z wielu krajów świata. Mam nadzieję, że to się skończy i większość mieszkańców Indonezji będzie mieć tego dość. Panienki poruszające się po ulicach na dmuchanych penisach… Młode, śliczne dziewczyny, które mogłyby pracować w biurze, w sklepie, w fabryce, prowadzić swoją firmę. To uwłaczające dla mnie, mężczyzny.

To się bardzo źle skończy. Niebawem Bali zmieni się w nową Pattayę. Napłynie nowa fala bogatych z całego świata, Rosjan, Ukraińców, Niemców, Australijczyków, którzy postawią sobie swoje wille. Pojawi się więcej klubów, narkotyków, prostytutek. Jak to się skończy? Tragicznie. Czy ktoś jeszcze pamięta zamachy z Bali, z 2002 roku, w których zginęło ponad 200 osób? To się powtórzy. Bo pewnego dnia ktoś o bardzo tradycyjnych poglądach nie będzie mógł znieść tego, że Bali zmienia się w Pattaya. I znów będzie tragedia.

To nie jest moja Indonezja. Moja ukochana Indonezja jest inna. A ten blog jest między innymi po to, żeby o tym opowiadać. I opowiem, w kolejnych wpisach.
To jest moja ukochana Indonezja – np. miasto Bogor na Jawie.

Indonezja blog
Taman Raya Bogor / Michał Lisiak


________________________________________________________________________________________________________________

Michał Lisiak Blog
Privacy Overview

This website uses cookies so that we can provide you with the best user experience possible. Cookie information is stored in your browser and performs functions such as recognising you when you return to our website and helping our team to understand which sections of the website you find most interesting and useful.