Polska szkoła na tle zmian geopolitycznych i światopoglądowych czyli miłość do ZSRR, miłość do USA, miłość do UE, religia i ateizm w jednym
Kiedy pobierałem nauki, a raczej marnowałem czas wśród bandy psychicznych zwyrodnialców, zwanych nauczycielami w szkole podstawowej i średniej, na świecie zachodziły zmiany. I to konkretne, geopolityczne i światopoglądowe zmiany. Miały one oczywiście wpływ na pracę szkoły i zwyrodnialców z dziennikami, którzy czasami sami się zatracali w trwającym wokół szaleństwie.
Polska szkoła pierze mózgi młodzieży i wlewa w nie aktualnie obowiązującą propagandę. Wiem to z własnego doświadczenia. Czasami te propagandy były przeciwstawne, powodując u mnie dysonans poznawczy i wyjątkową niechęć do szkolnictwa, szkoły i ówczesnych konsumentów jej nauk. Ale do rzeczy…
Zaczęło się od miłości do ZSRR
Kiedy poszedłem do szkoły podstawowej, zdychający wówczas Związek Sowieckich Republik Radzieckich, nadal był najlepszym przyjacielem ówczesnej Polski. Tak przynajmniej twierdziła ówczesna kadra nauczycielska, w której tłuste pazury wpadłem. Wpadłem jak gówno w wentylator i to ruski, wykonany z żółtego tworzywa.
Wkładano nam w głowy miłość do ZSRR, uczono nas nadal języka rosyjskiego (igrajesz w szachmaty?) i ganiano na spęd związany ze świętem pierwszego maja. W głowach nam się gotowało, bo z jednej strony mieliśmy kochać ZSRR i socjalizm, a z drugiej oczy nam się śmiały do zachodnich napojów w puszkach, zachodnich gum do żucia (i wschodnich, Turbo z Turcji!) i zachodnich modeli do sklejania. Na lekcjach języka rosyjskiego musieliśmy nazywać swoje koleżanki i kolegów po rosyjsku, dlatego wówczas mój najlepszy kumpel musiał nazywać się Pietia. Po lekcjach w socjalistycznym kołchozie pędziliśmy z kolei do salki przy kościele, na lekcje religii. Tam po raz pierwszy zostaliśmy uraczeni solonym masłem i serem żółtym z USA, o ile wcześniej kościół nie został zdobyty przez starsze panie, które dowiedziały się, że ksiądz dostał dary z USA.
W szkole słyszeliśmy, że Boga nie ma, ZSRR jest naszym przyjacielem, a Ameryka najgorszym wrogiem. Potem pobieraliśmy paczki od tej znienawidzonej Ameryki i słyszeliśmy od księdza i zakonnicy, że Ameryka nas uratuje, a Bóg tych komuchów w cholerę przegoni i to już niedługo. Ogólnie mały człowiek głupiał.
Pamiętam jeden z sądnych dni, w którym zrozumiałem, że mam do czynienia z idiotami czystej krwi. W trakcie lekcji rosyjskiego podałem przykład Katynia (wówczas zaczęto o tym mówić na głos), za co otrzymałem cios linijką po pazurach od drepczącego pomiędzy ławkami pterodaktyla z ufarbowanym na czarno łbem. Na innej lekcji, geografii, pani z włosami, które przypominały swoim ukształtowaniem azjatycki kapelusz, zaczęła nam opowiadać, że wulkany wykształcały się miliony lat temu. I biegały wówczas po ziemi stwory zwane dinozaurami. A później szliśmy na katechezę, gdzie zakonnica kazała nam rysować w zeszycie modlące się ludki i mówiła, że Bóg stworzył ziemię dnia siódmego, potem guźce, komary, krowy, świnie, a na koniec człowieka, żeby to wszystko w cholerę wybił i zeżarł. Trochę dysonans, co nie?
W trakcie katechezy w salce kościelnej zakonnica z pewnego dnia opowiedziała o tym, jak to cudownie jest w niebie, a potem o jakimś chłopcu, który zaczepił się z tyłu autobusu z kolegą i tak sobie podróżowali, aż spadli. Chłopaczyna prawie umarł, bo uderzył głową o asfalt, ale rodzina modliła się do Matki Boskiej i ta go uratowała. Skomentowałem to zgodnie z hasłem „wszyscy chcą iść do nieba, tylko nikt nie chce umierać”, co znów spowodowało agresję. I tak moje katechezy się skończyło. Na szczęście był to czas, w którym zrozumiałem, że Bóg i kler to dwie zupełnie inne instytucje. I jak większość rówieśników, zakończyłem przygodę z religią po pierwszej komunii świętej.
Z tego czasu pamiętam to nauczycielskie bydło i uczniowską trzodę, która machała flagami, śpiewała pieśni po rosyjsku i za jedno złe słowo na ruskich udusiłaby Cię czerwoną wstążeczką. Pust wsiegda budiet sonce, kurwa wasza mać.
Nienawidziłem szkoły podstawowej, a zwłaszcza zasuszonej wiedźmy, która uczyła języka polskiego. To obrzydliwe próchno wyglądało jak żywcem wycięte ze starej płyty OSB, tylko z zamontowanymi okularami na paskudnej mordzie.

Liceum – ZSRR się wycofuje, atakuje Ameryka
Poszedłem do liceum. Teoretycznie, pójście do liceum to była zmiana. Była nadzieja. Niestety, okazało się, że to zmiana na gorsze. Już po tygodniu wiedziałem, że skoro szkoła podstawowa była szambem, to liceum ogólnokształcące było odstojnikiem w oczyszczalni ścieków, do którego wpływają fekalia z 50-tysięcznego miasta i z okolicznych hodowli świń.
To był czas przestawienia wajchy. ZSRR zdechł i był passe. Zaczęła się nagła miłość do Ameryki. I to jaka! Na lekcjach angielskiego nie było już Pieti, był Ralph, Michael i Gregory. Zamiast rosyjskich gazetek były amerykańskie.
Zamiast wycieczek z ZSRR i zaprzyjaźnionych nauczycieli z Leningradu, szkołę odwiedzali Mormoni z USA, którzy chcieli pokazać pospólstwu zza żelaznej kurtyny wolny świat. Zamiast pierdolenia o tym, co robił Wujek Wania, jak piekł bliny dla rodziny, tym razem dowiadywaliśmy się, jak amerykański nastolatek w slangu opowie o tym czy o tamtym. Jedno i drugie obchodziło mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg. Według mnie Wujek Wania mógł sobie dolać samogonu do ciasta, żeby miał weselsze życie, a slang “amerykańskiego nastolatka” obchodził mnie tyle, co koci balas leżący na chodniku.
Ksiądz triumfalnie wrócił z salki katechetycznej do sal lekcyjnych, tym razem z mocą sprawczą, bo ocena z religii była już nawet na świadectwie.
Jednak atmosfera była lepsza. Każdy się cieszył, że skończyło się promowanie ruskiego gówna, bo oto przed nami otworzył się świat. Ameryka, nowe przysmaki, burgery, w mieście powstał pierwszy McDonalds i pierwsza buda z tworzywa z burgerami, wyprodukowana przez aleksandrowskie Kami.
I kasety.
W przeciwieństwie do ZSRR, miłości do Ameryki i Zachodu nikt nam nie musiał wciskać na siłę. Największym orędownikiem zachodniego stylu życia były kasety. Kasety magnetofonowe z muzyką i kasety video z zachodnimi i azjatyckimi filmami, które wymieniało się w drewnianej budzie. Do tego kolorowa prasa.
W gratisie nasi rodzice dostali bezrobocie. Bo dotychczasowy przemysł zaczął padać na mordę, nie mogąc znieść konkurencji ze strony firm z innych krajów. Upadły ogromne zakłady chemiczne w naszym paskudnym mieście, po których został smród, morze ruin, zakopane pod ziemią beczki z trującymi odpadami (są do dziś, każdy ma to w dupie). I wtedy po raz pierwszy mogliśmy tam razem z kumplem wejść, żeby uprawiać turystykę pieszą po niedostępnym do tej pory terenie.
Ale to był też czas dla ludzi przedsiębiorczych i pracowitych, którzy nie byli przyspawani do pracy w państwowym zakładzie. Jak to miał łeb na karku i trochę grosza, to handlował, produkował, haftował, szył, importował i zarabiał konkretną kasę.
Z tego czasu pamiętam to nauczycielskie bydło i uczniowską trzodę, która machała flagami, tym razem amerykańskimi, śpiewała pieśni zachodnie i za jedno złe słowo na Zachód udusiłaby Cię czymkolwiek. Bo to już inne czasy. Filmy karate, filmy akcji. Już wiedziano, czym kogo zatłuc. Ba, nawet słynnym pavulonem, który pozwalał mordować pacjentów pogotowia, żeby zarabiać na skórach.
Co ciekawe, zauważyłem jedną rzecz. Najgłośniej o miłości do Ameryki krzyczeli Ci, którzy kilka lat wcześniej najgrzeczniej maszerowali w pochodach pierwszomajowych i życzyli tej paskudnej Ameryce śmierci.
To było dla mnie obrzydliwe.

Miłość do Unii Europejskiej
Kiedy kończyłem studia, zaczęła się miłość do Unii Europejskiej. Bezgraniczna. W szkołach nadal sączona jest propaganda, ale tym razem proeuropejska, prounijna. Biedny ksiądz, który na dobre rozkokosił się w szkole, niedługo na skutek działalności współczesnych komuchów, znów będzie musiał uczyć przy kościele.
Biedni odbiorcy tego syfu nie wyobrażają sobie świata bez Unii Europejskiej. Tak samo, jak kiedyś dzieci nie wyobrażały sobie świata bez ZSRR, a potem Ameryki.
Kto tym razem będzie wysyłać paczki do kościoła? Znów będą przychodzić z Ameryki? Czy teraz będzie nas ratować Azja?
Dzisiaj niektórzy za słowa krytyki pod adresem UE mogliby Cię udusić tęczową wstążeczką. I to jest dla mnie obrzydliwe.
Ciągle są miliony sprzedawczyków, mających w sobie syndrom niewolnika. Oni pragną być rządzeni przez innych. Oni muszą mieć stolicę i większy rząd w innym kraju. I to jest dla mnie obrzydliwe. Gardzę nimi.
