Azjatki są delikatne, spokojne, kochające, słodkie i uwielbiają panów z Zachodu. Zwłaszcza starych, brodatych i brzuchatych dziadów, starszych od nich o 40 lat. Ile to już się tego typu bajek nasłuchałem. I ile dzięki temu miałem humoru. Tych wszystkich znawców Azji i azjatyckich kobiet powinno się w kosmos wysłać bez prawa powrotu. A dziś, zanim rozpoczniesz poszukiwania żony w Tajlandii, przeczytaj tę prawdziwą opowieść.
Co ważne, ta opowieść to scenariusz, który został już setki, a może nawet tysiące razy zastosowany. Jak się okazuje, jest to bardzo skuteczny sposób na zdobycie własnego, nowego domu. A często także środków do życia na kilka lat wprzód. Wiem z kilku miejscowych źródeł, że taki plan był stosowany z powodzeniem wiele razy. Czy Ty będziesz kolejnym?
Jak zbudować nowy dom narzeczonej lub przyszłej żonie? Przeczytaj, jeśli marzy Ci się żona z Tajlandii
Cóż, nie ma nic za darmo. Niewiasta musi nieco zapracować na nowy dom i niestety, bywa to ciężkie. Bo czasami uda się znaleźć w miarę fajnego faceta, a czasami trzeba się męczyć ze starym, grubym, włochatym melepetą, którego jedynym atutem jest konto wielkie jak moszna słonia. Na szczęście, w większości wypadków takiego dżentelmena męczy też zawansowana cukrzyca, co sprawia, że dolne części kobiecego ciała bywają bezpieczne, bo u potencjalnego sponsora domu konar już nie zapłonie.
Nie, nie, nie weźmie niebieskiej tabletki, bo wtedy stanęłoby mu serce. A o nie musi dbać, mając obok siebie o 30 lat młodszą małą słodką, czarnowłosą kobietkę.
Najwyżej pogmera paluchami i mu wystarczy. I prawidłowo. Wystarczy go trochę poprzytulać, pogłaskać, poszeptać mu oklepane „darling”, „sweetheart”, dosypać mu cukru do kawy (dbałość!), zrobić tosta (bo zapewne panna nic innego nie potrafi ugotować) i trochę się powstydzić podczas wspólnych spacerów. Jednak zależy, gdzie te spacery są, bo jak w dobrej galerii, to galaretowaty tatuniu da się namówić na zakupy i do toreb wpadnie trochę eleganckich ubrań z galerii handlowej.
Ale wróćmy do zasadniczego planu.
Zatem jest jak w standardowym związku. Jest poznanie na jakimś modnym portalu randkowym. Pierwsze rozmowy, video call i widać gorącą miłość. Od pierwszego wejrzenia!
Po kilkunastu rozmowach zaczynają się prezenty, wysyłane najczęściej na Filipiny albo do Tajlandii. Im bardziej wartościowy prezent tym więcej miłości z drugiej strony. Nie ma przebacz! Miłość kosztuje!
Po porcji prezentów przychodzi czas na wsparcie. A wesprzeć trzeba, bo nagle pojawiają się problemy. A to brat nagle miał wypadek i rozbił skuter, który był jego jedynym narzędziem pracy… Co teraz będzie? Z czego będzie żyć?
Galaretowany tatuniu pyta, ile taki skuter kosztuje, a ponieważ suma jest dla niego niewielka, to pomoże. W zamian dostanie taką porcję miłości, całusów, sweetheartów, kissów (uwielbiam nabijać się z przygłupów, stosujących pinglish w codziennym życiu), będzie dostawał wiele „calli” (a może callów?) z miłymi słowami. W przypadku Fipilin nie ma barier językowych, wszyscy się dogadają po angielsku. A w Tajlandii jak kobieta chce zarobić, to nauka angielskiego się opłaca.
W każdym razie motor już jest nowy i za motor jest oddane dużo miłości.
Potem pojawiają się kolejne, niespodziewane problemy. A to bracie huragan przyszedł i dach zerwało, a to się tatko rozchorował, a te skurwiele lekarze – mordercy tylko pieniędzy chcą, a aptekarz ta małpa jest z nimi w zmowie… I farang (określenie białego w Tajlandii) płaci z radością, wspierając, ale nie za darmo.
Wspiera też na co dzień, mniejszymi lub większymi sumami pieniędzy, które stanowią już dość sporą część rodzinnego budżetu. Ten etap trwa ze trzy miesiące. A potem trzeba przejść do bardziej zdecydowanych działań.
Spotkanie i konsumpcja – najbardziej bolesna część całej imprezy
W końcu spocony, galaretowaty mister, w koszuli w kwiaty, z kilkoma walizami ląduje w Manili albo Bangkoku, gdzie czeka na niego słodka, niewysoka słodycz i rodzina. Wszyscy witają go radośnie, jak członka rodziny. Członkiem to on jest, to prawda (tak jak ten ze słynnej komisji). Ale jeszcze o tym nie wie…
Galaretowaty spędza 2 albo 3 tygodnie na miejscu, zależnie od tego, czy jeszcze pracuje, czy już cieszy się rentą. Potem zabiera małą miss ze sobą na mały wypad do Anglii, USA albo innego kraju pochodzenia. Najczęściej USA.
To są właśnie najgorsze momenty, bo biedne, 45 – kilogramowe stworzenie musi znosić obłapywanie, tulenie, ślinienie, miętoszenie małych kobiecych atrybutów, przy dźwiękach gulgotania, jakby obok leżał stary indyk. Musi chodzić prowadzona za rękę po mieście, musi się witać z rodziną, musi udawać miłość, może zostać w nocy przygnieciona kałdunem jak u nosorożca.
Jest ciężko. Gorzej, kiedy stary orangutan nafaszeruje się jakimś środkiem i autentycznie, zmienia się w seks maszynę, chcąc sobie wynagrodzić wcześniejsze wydatki.
Cóż, jest ryzyko. Bez ryzyka nie ma zabawy. Ważne, żeby nie uszkodził delikatnego ciałka i żeby czasem nie strzelił gola.
Co dalej? Skoro była miłość i było spotkanie, to czas na zaręczyny. A potem – przygotowania do ślubu.
To jest ten moment, w którym galaretowaty mister zapomina o całym świecie. I wtedy można przejść do konkretnego ataku. Ślub może odbyć się na Zachodzie albo w Azji. Ale co do zamieszkania…
Najlepiej byłoby mieć dwa domy. A dlaczego by nie zamieszkać na przykład w rodzinnym kraju panny młodej? No właśnie… Nowy dom warto rozpocząć budować już przed ślubem, żeby młodzi małżonkowie, po pięknej podróży poślubnej, mogli sobie w nim zamieszkać. Jest tylko mały problem. W większości krajów azjatyckich obcokrajowcy nie mogą kupować ani domów ani ziemi (poza małymi wyjątkami). Dlatego zarówno działka pod dom, jak i sam dom, są zarejestrowane na przyszłą pannę młodą. To klucz, bez tego nic się nie uda.
Jak to działa dalej? Jest ślub, po ślubie konsumpcja… Znowu? Tfu! Ale warto!
Potem piękna podróż poślubna, na przykład elegancka wycieczka. Młoda żona ma już wyraźnie dość galaretowanego tatuśka, więc a to mu herbatkę dosłodzi, a to Burbona podstawi, żeby zasnął, a nie żeby mu się marzyły jakieś figle.
A potem powrót do nowego, pięknego domu w kraju panny młodej.
Po kilkunastu tygodniach spędzonych razem pan młody musi wrócić do siebie. Pomieszkać trochę, załatwić swoje sprawy, a może sprzedać coś jeszcze i przesłać nieco pieniążków żonie? Wszystko jest OK. Wszyscy go kochają, wszyscy na niego czekają.
Zadowolony wsiada w samolot, ląduje w takim Bangkoku albo Manili. Przechodzi kontrolę paszportową. Ale tym razem jest inaczej…
Pani lub pan, prowadząca kontrolę paszportu nie uśmiecha się tak słodko. Co się dzieje?
Proszę pana do osobnego okienka.
Co jest do cholery – myśli galaretowany tatuniu – Co się dzieje? Paszport nieważny?
Ale jest jeszcze gorzej.
Z galaretowatym tatuńciem spotykają się przedstawiciele miejscowej policji.
Jak się okazuje, młoda żona złożyła zawiadomienie na policji, że jej mąż, galaretowaty tatuńciu, znęcał się nad nią i ją bił. Jej zeznania potwierdzili wszyscy członkowie rodziny. Nawet brat, który dostał skuter, teść, który ciężko chorował, teściowa, której dach z domu zerwało, sąsiadka i cholera wie, kto jeszcze.
I teraz galaretowaty, tym razem już autentycznie trzęsący się jak zimne nóżki w trakcie ciepłego dnia, ma do wyboru. Albo wracać do siebie, albo wjechać do kraju żony i iść do pudła za znęcanie się nad rodziną.
Jakby jeszcze dostał zawału w drodze powrotnej, to byłaby kumulacja, bo wtedy jeszcze młoda żona mogłaby coś ściągnąć z majątku. A jak się nie uda, to i tak jest zysk. Bo jest nowy dom, do tego kompletnie wyposażony. A czasami też i auto i motorek i trochę grosza…
Ta akcja to wcale nie jest szczyt sukcesu. Sukces to ściągnąć z dziada pieniądze bez ślubu. Jedynie poprzez narzeczeństwo. Albo po ślubie tak go wydoić, żeby wszystko sprzedał w rodzinnym kraju, przetransferował kasę, a potem, żeby wracał do siebie goły i wesoły.
Nie pomyśl sobie, że takie cuda dzieją się tylko w Azji. To tylko przykład, ale to już się zdarzyło wiele razy. I zdarzy jeszcze więcej.
W jednym z kolejnych wpisów muszę się trochę pośmiać z miejscowych tatuśków i golących je do cna tak zwanych suk. A co sobie będę żałować.
Nie mam nic przeciwko temu, że marzy Ci się żona z Azji. Sam jestem w związku z drugą Azjatką w moim życiu (ale to nie Tajki ani Filipinki) i mam zamiar ją poślubić (nie obawiaj się, jeśli będę budować dom, to na swojej działce). Azjatki są bardzo fajne, ale poza inną urodą, mają takie same wady jak miejscowe dziewczyny, kobietki, kobiety i babony. Musisz wziąć pod uwagę to, że szukając żony w Azji możesz zostać zgolonym do zera. Moja ŚP babcia używała słowa – obrać kogoś (okraść). Także mogą Cię tak obrać, że będziesz mieszkać później w garażu. Zresztą, brutalna prawda jest taka, że i miejscowe mogą Ci wyczyścić konto, zniszczyć życie, a do tego jeszcze zepsuć nerwy na wiele lat. A leczenie jest drogie i nie zawsze skuteczne. Po prostu uważaj.
