Jedzenie w przedszkolu – koszmar, który prześladuje mnie do dziś
Człowiek zazwyczaj pamięta albo bardzo dobre, albo bardzo złe rzeczy ze swojego życia. Ja do tej pory pamiętam dania, którymi raczono mnie w przedszkolu. Jedzenie w przedszkolu to było najgorsze świństwo, jakim kiedykolwiek mnie poczęstowano. A tam nie częstowano. Tam zmuszano do jedzenia tego obrzydlistwa. Czy Wy jeszcze pamiętacie jedzenie w swoim przedszkolu?
Jedzenie w przedszkolu i smród jakby gotowali szmaty z podłogi
Do przedszkola miałem blisko. Znajdowało się ono na końcu ulicy, na wzgórzu, przed kościołem. Na ulicy Słowackiego w starej części Zgierza. Może to usytuowanie nie było przypadkowe. To były czasy zdychającego PRL, kiedy to do kościołów, gdzie uczono religii, przybywały paczki z USA. Słone masło i ser żółty. Zazwyczaj tylko to dostawaliśmy, ale i to nas cieszyło i było dobre. W przeciwieństwie do jedzenia w przedszkolu.
Do przedszkola wchodziło się przez podwójne drzwi. Potem trzeba było wejść po schodach na górę. Były też schody w dół, do kuchni. Kiedy otwierało się drzwi do przedszkola, z dołu, z kuchni buchał tak nieprawdopodobny smród, jakby tam gotowali krowie kopyta ze szmatami. Moje uczestnictwo w zajęciach przedszkolnych (chodziłem tylko do zerówki) często kończyło się tuż po przekroczeniu progu tego budynku. Otwarcie drzwi, zderzenie ze smrodem, wymioty – i powrót do domu. Przynajmniej nie trzeba było jeść tych obrzydliwych świństw, które tam serwowano.
Jedzenie w przedszkolu za czasów zdychającego PRL
Menu nie było zbyt rozbudowane, ciągle się to powtarzało. Niektóre świństwa zapamiętałem do dzisiaj.
Parówka w sosie musztardowym. Wtedy często była to parówka barania (nie było takiego wyboru jak dzisiaj), oblana zielonym sosem, który przypominał rozwodnione odchody kurze. Smakowało to jak woda z rozwodnioną musztardą, zagęszczona mąką. Wtedy nie było tyle rodzajów musztard w sklepach, ale ktoś mógł się postarać, żeby to jakość doprawić.
Kluska na parze w sosie mleczno – śmietankowym. Moja babcia ze strony ojca była mistrzynią klusek na parze. Nigdy nie byłem ich wielbicielem. To, co serwowano w przedszkolu, przypominało wyschniętą kulę, smętnie pływającą w słodkim mleku. Nawet to nasiąknąć nie chciało. Pewnie dlatego, że mleko przypominało budyń. Wszystko było zagęszczone mąką. Tego nigdy nie żałowano.
Jajko w sosie musztardowym. Ugotowane jajko, polane tym samym zielonym świństwem, co parówka. Ja do końca życia karmiłbym tą zieloną breją tą „kucharkę”, która ten wynalazek stworzyła.
Kotlet zmielony, jak wymiociny. Z ziemniakami. Wiecie, jak to wyglądało? Jakbyście kotlet mielony ugotowali, nie usmażyli, potem go zblendowali, a potem ktoś by go rzucił z góry na talerz, aż się rozpadł na kilkanaście kawałków. Jak to smakowało? To akurat nie wywoływało we mnie obrzydzenia. Z jednego powodu. To w ogóle nie miało smaku.
Szpinak, który wyglądał, jakby już raz przeszedł przez układ pokarmowy człowieka lub zwierzęcia. Mało kto lubi szpinak. Ja lubię, po polsku, szpinak po indyjsku, w daniach indonezyjskich, gdzie do mie goreng też ładuje się lekko podgotowane liście. Tamten, z czasów przedszkola, do dziś pamiętam. Zmielona trawa z solą. O wyglądzie odchodów po biegunce, po problemach żołądkowych. Przepraszam, ale tak to wyglądało.
Zupa jarzynowa, gotowana ze starych szmat. Woda, oczywiście, porządnie zagęszczona mąką, z kawałkami różnych warzyw. To nie miało znaczenia, jakich warzyw. To świństwo zawsze śmierdziało zgniłym porem.
Zupa pomidorowa z kawałkiem gotowanej kapusty i rozgotowanym makaronem. Miała obrzydliwy kolor i była kwaśna. Z tym liściem kapusty wiąże się jedna ciekawa historia, bo pewnego dnia jeden mały człowiek chlasnął innemu takim mokrym liściem w pysk i ubawiliśmy się przy tym jak norki.
Budyń. Jak wszystko w tym karcerze był wypełniony mąką po brzegi. Przez to przypominał klej do tapet. W smaku też.

Syndrom sztokholmski
Na koniec anegdota, do której często wracam. Opowiadam ją nawet wtedy, gdy goście mówią, że słyszeli ją już tysiące razy*. Pamiętam jedną taką osobę płci żeńskiej, która w przedszkolu była niechętna do jedzenia. Kiedyś jak serwowali mleko, z kożuchem na palec i jakieś słodkie buły, to jedno z tych toczących się babsztyli chciało zachęcić tę dziewczynkę do jedzenia i wydaliło z otworu gębowego słowa następujące treści:
– Gryź!
I ta bidula gryzła zębami to mleko, jakby było w nim z kilo wołowiny. A dlaczego syndrom sztokholmski? Zauważyłem kiedyś przypadkowo, że mieszka w starym domu, niedaleko tego karceru dla małych dzieci.
*To oczywiście bzdura. Nikt mnie nie lubi, nigdzie nie chodzę i nikogo nie zapraszam.
MENU
– > Powrót na stronę główną
– > O mnie
– > Podróże małe i duże – blog podróżniczy
– > Filmy – niezależne recenzje filmowe
– > Kuchnia i przysmaki z całego świata – blog smakosza
– > Muzyka – blog o muzyce
– > Humor
– > Polityka
– > Społeczeństwo
– > Wojsko i obronność
– > Technika i technologia
– > Krytyka nieskatalogowana, czyli wszystko, co mnie wk… denerwuje
– > Krytyka konsumencka – oceny produktów
– > Darmowe książki
– > Motoryzacja – Mój Magazyn Motoryzacyjny Motorewia -> ClubOtomotifID
– > Michał Lisiak – konto YouTube
– > Michał Lisiak – konto Facebook
– > Michał Lisiak – konto X / Twitter
– > Michał Lisiak konto TikTok polskie – > Michał Lisiak konto TikTok Indonezyjskie
– > Powrót na stronę główną


